- Kategorie bloga:
- Amicidebici.229
- do M..94
- jadę sam, jak palec albo coś tam.36
- ni to ni sio.36
- poŁodzi się.626
- Rekordy.6
- Wiedeń.93
- wycieczka.134
- Wypad.54
- Wyprawy i Wylewy ;).396
W bałkańskim kotle dzień 5
Środa, 27 czerwca 2012 | dodano:19.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 131.28km
- Czas: 05:40
- VAVG 23.17km/h
- VMAX 54.10km/h
- Temp.: 33.0°C
- Kalorie: 2069kcal
- Podjazdy: 773m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Ilidza - Konjic - dolina Neretvy - Jablanica - kanion Neretvy (bez szału)- Mostar- Blagaj.
Dzisiaj atrakcją miał być kanion Neretvy, jednak okazał się dość nudny i nie zrobił wrażenia, jasne, było pięknie, ale po zeszłorocznym serbskim przełomie Dunaju ten nie powalił na kolana. Na szczęście przed nami jeszcze widoki, które przyćmią nawet Dunaj ;) (a tych najpiękniejszych nie ma oczywiście na zdjęciach :P)
Jednakowoż Bośnia przepiękna, wspaniały potencjał (gdzieś w górach, w zupełnej dziczy i pustce natknęliśmy się na olbrzymie, fantastyczne jezioro pomiędzy wielkimi górami).




Dziś jeszcze punktem specjalnym był Mostar, niestety nie powalił na kolana, tak jak miał, chyba sobie za wiele obiecuję w stosunku do tych miejsc, które są opiewane.
Bardzo wiele pustych domów i ruin, niektóre ściany usiane dziurami po kulach.
Ciekawa architektura z elementami muzułmańskich ornamentów, ogólnie interesujące miejsce :) A wapienne(?) schody wydeptane tak, że można było się po nich z łatwością ślizgać ;)

Dzisiaj atrakcją miał być kanion Neretvy, jednak okazał się dość nudny i nie zrobił wrażenia, jasne, było pięknie, ale po zeszłorocznym serbskim przełomie Dunaju ten nie powalił na kolana. Na szczęście przed nami jeszcze widoki, które przyćmią nawet Dunaj ;) (a tych najpiękniejszych nie ma oczywiście na zdjęciach :P)
Jednakowoż Bośnia przepiękna, wspaniały potencjał (gdzieś w górach, w zupełnej dziczy i pustce natknęliśmy się na olbrzymie, fantastyczne jezioro pomiędzy wielkimi górami).

bośnia© Carmelliana

bośniacki most© Carmelliana

bośnia© Carmelliana

bośnia, jest fajnie :)© Carmelliana
Dziś jeszcze punktem specjalnym był Mostar, niestety nie powalił na kolana, tak jak miał, chyba sobie za wiele obiecuję w stosunku do tych miejsc, które są opiewane.
Bardzo wiele pustych domów i ruin, niektóre ściany usiane dziurami po kulach.
Ciekawa architektura z elementami muzułmańskich ornamentów, ogólnie interesujące miejsce :) A wapienne(?) schody wydeptane tak, że można było się po nich z łatwością ślizgać ;)

Mostar© Carmelliana

Mostar uliczka© Carmelliana
W bałkańskim kotle dzień 4
Wtorek, 26 czerwca 2012 | dodano:19.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 32.45km
- Czas: 01:51
- VAVG 17.54km/h
- VMAX 29.70km/h
- Temp.: 26.0°C
- Podjazdy: 83m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Doboj (pociąg) - Sarajewo
Chcieliśmy zyskać na czasie i dotrzeć do Sarajewa pociągiem. Właściwie nie wiem czemu nie zdecydowaliśmy się jechać rowerami, jak tylko okazało się, że na pociąg musimy czekać kilka ładnych godzin. W każdym razie postanowiliśmy czekać i zaszyć się gdzieś na mieście.
Próbowaliśmy jeszcze autobusu, pan w kasie bardzo się przejął i wypatrywał zawzięcie autobusu, który miałby nas zabrać, ale niestety, kierowca i tak stwierdził, że nie miejsca.
No więc trudno, ruszyliśmy na miasto znaleźć jakąś knajpkę. Tutejsze jedzenie okazało się niestety tłuste i niezbyt smaczne. Kolejnym więc punktem była kawiarenka, gdzie kupiliśmy kawę, do której dostaliśmy wodę, co się okazało typowym bałkańskim zestawem, do tej pory nie wiem za bardzo dlaczego, chyba chodzi o to, że po kawie chce się po prostu pić? ale żeby aż tak...?:P
Obok naszego stolika siedziało kilku dość dorodnych panów :P W pewnym momencie zainteresowali się naszymi osobami, co zresztą dziwnym nie było, każdego interesowaliśmy :P
Kiedy jednak doszło do płacenia za kawy, lody i kilka burków, które zamówiliśmy (nadziewane ciasto francuskie, podawane na ciepło), okazało się, że szef knajpy (jeden z facetów siedzących obok) za nas już zapłacił! :O Byliśmy w niezłym szoku, zostawiliśmy więc tylko napiwek dla obsługującego nas chłopaka :)
Pociąg przyjechał punktualnie, ale do końca nie było wiadomo, czy wsiądziemy, bo biletów na rower nam nie sprzedano (swoją drogą bilety były wypisywane ręcznie;) ), takie rzeczy załatwia się z konduktorem. Ale na szczęście nasze rowery nie były dla nikogo problemem.
Cieszyliśmy się, że niebawem będziemy w Sarajewie, kiedy to po niedługim czasie od startu pociąg stanął w polu. I stał. I stał. I stał......
Następnie przejechał niewiele, aby stanąć na jakiejś bocznej stacji w miasteczku i stał... stał... stał...
Chyba tylko my nie wiedzieliśmy o co chodzi, bo ludzie sobie wychodzili na zakupy, dosiadali się do pociągu.. Poszła plotka, że czekamy na pociąg z Chorwacji (czy do Chorwacji), ale pociąg przyjechał i pojechał, a my dalej staliśmy....
W sumie wystaliśmy tak około 4 godzin. A jechaliśmy 3.
Byliśmy wieczorem w Sarajewie i jeszcze zostało nam do dojechania do kempingu.
Była to jedna z gorszych tras całej wyprawy, prawdopodobnie odczucie było spowodowane wymęczeniem po podróży pociągiem. Jechaliśmy przez miasto, wielki ruch, samochody, autobusy i ciężarówki mijające na centymetry, a na deser tir, który nas strąbił jadąc za nami. Dla mnie to było za dużo, najchętniej bym wtedy została pod krzakiem na noc i zalała się łzami z nerwów i zmęczenia.
Kiedy w końcu dojechaliśmy jednak do kempingu okazał się dość drogi, nie wiedzieć za co. nie było ławek ani stolików, prysznice były za kotarami (co nie było problemem, no ale skoro cena taka no to może jakiś lepszy standard?) i pierwsze tureckie kible, które stały się moją zmorą wyprawy. (Aczkolwiek szczęśliwie był jeden zwykły :] )
Chcieliśmy zyskać na czasie i dotrzeć do Sarajewa pociągiem. Właściwie nie wiem czemu nie zdecydowaliśmy się jechać rowerami, jak tylko okazało się, że na pociąg musimy czekać kilka ładnych godzin. W każdym razie postanowiliśmy czekać i zaszyć się gdzieś na mieście.
Próbowaliśmy jeszcze autobusu, pan w kasie bardzo się przejął i wypatrywał zawzięcie autobusu, który miałby nas zabrać, ale niestety, kierowca i tak stwierdził, że nie miejsca.
No więc trudno, ruszyliśmy na miasto znaleźć jakąś knajpkę. Tutejsze jedzenie okazało się niestety tłuste i niezbyt smaczne. Kolejnym więc punktem była kawiarenka, gdzie kupiliśmy kawę, do której dostaliśmy wodę, co się okazało typowym bałkańskim zestawem, do tej pory nie wiem za bardzo dlaczego, chyba chodzi o to, że po kawie chce się po prostu pić? ale żeby aż tak...?:P
Obok naszego stolika siedziało kilku dość dorodnych panów :P W pewnym momencie zainteresowali się naszymi osobami, co zresztą dziwnym nie było, każdego interesowaliśmy :P
Kiedy jednak doszło do płacenia za kawy, lody i kilka burków, które zamówiliśmy (nadziewane ciasto francuskie, podawane na ciepło), okazało się, że szef knajpy (jeden z facetów siedzących obok) za nas już zapłacił! :O Byliśmy w niezłym szoku, zostawiliśmy więc tylko napiwek dla obsługującego nas chłopaka :)
Pociąg przyjechał punktualnie, ale do końca nie było wiadomo, czy wsiądziemy, bo biletów na rower nam nie sprzedano (swoją drogą bilety były wypisywane ręcznie;) ), takie rzeczy załatwia się z konduktorem. Ale na szczęście nasze rowery nie były dla nikogo problemem.
Cieszyliśmy się, że niebawem będziemy w Sarajewie, kiedy to po niedługim czasie od startu pociąg stanął w polu. I stał. I stał. I stał......
Następnie przejechał niewiele, aby stanąć na jakiejś bocznej stacji w miasteczku i stał... stał... stał...
Chyba tylko my nie wiedzieliśmy o co chodzi, bo ludzie sobie wychodzili na zakupy, dosiadali się do pociągu.. Poszła plotka, że czekamy na pociąg z Chorwacji (czy do Chorwacji), ale pociąg przyjechał i pojechał, a my dalej staliśmy....
W sumie wystaliśmy tak około 4 godzin. A jechaliśmy 3.
Byliśmy wieczorem w Sarajewie i jeszcze zostało nam do dojechania do kempingu.
Była to jedna z gorszych tras całej wyprawy, prawdopodobnie odczucie było spowodowane wymęczeniem po podróży pociągiem. Jechaliśmy przez miasto, wielki ruch, samochody, autobusy i ciężarówki mijające na centymetry, a na deser tir, który nas strąbił jadąc za nami. Dla mnie to było za dużo, najchętniej bym wtedy została pod krzakiem na noc i zalała się łzami z nerwów i zmęczenia.
Kiedy w końcu dojechaliśmy jednak do kempingu okazał się dość drogi, nie wiedzieć za co. nie było ławek ani stolików, prysznice były za kotarami (co nie było problemem, no ale skoro cena taka no to może jakiś lepszy standard?) i pierwsze tureckie kible, które stały się moją zmorą wyprawy. (Aczkolwiek szczęśliwie był jeden zwykły :] )
W bałkańskim kotle dzień 3
Poniedziałek, 25 czerwca 2012 | dodano:19.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 108.89km
- Czas: 04:59
- VAVG 21.85km/h
- VMAX 41.90km/h
- Temp.: 35.0°C
- Kalorie: 1711kcal
- Podjazdy: 412m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Velika Pozega Slavonski Brod (Bośnia i Hercegowina) Derventa Kotorsko
W Bośni dalszy ciąg pustych domów, również tych niedokończonych. Te prawdopodobnie powojenne pozostałości wywołują we mnie dość specyficzne uczucie, które ciężko nazwać, może zdumienie pomieszane z przerażeniem, na myśl o tym co tu się działo i że działo się to tak niedawno. Pamiętam jak w szkole się mówiło o tych regionach "kocioł bałkański" aaa, bo tam jest upał i teraz jeszcze wojna, to ciepło mają.
Dzisiaj śpimy na dziko, dla mnie to pierwszy raz ;) Tak samo jak mycie się na dziko ;) Szczęśliwie mamy prysznic Ortlieba, nie musimy się chlapać z butelek :P
Rozbijanie się na dziko jest dla mnie trochę stresujące, ale nie tak bardzo jak mycie się pod krzakami :P
Aczkolwiek było to całkiem fajne :)
A jakiś czas później nadeszła burza;)
W Bośni dalszy ciąg pustych domów, również tych niedokończonych. Te prawdopodobnie powojenne pozostałości wywołują we mnie dość specyficzne uczucie, które ciężko nazwać, może zdumienie pomieszane z przerażeniem, na myśl o tym co tu się działo i że działo się to tak niedawno. Pamiętam jak w szkole się mówiło o tych regionach "kocioł bałkański" aaa, bo tam jest upał i teraz jeszcze wojna, to ciepło mają.
Dzisiaj śpimy na dziko, dla mnie to pierwszy raz ;) Tak samo jak mycie się na dziko ;) Szczęśliwie mamy prysznic Ortlieba, nie musimy się chlapać z butelek :P
Rozbijanie się na dziko jest dla mnie trochę stresujące, ale nie tak bardzo jak mycie się pod krzakami :P
Aczkolwiek było to całkiem fajne :)
A jakiś czas później nadeszła burza;)

Bośnia© Carmelliana
W bałkańskim kotle dzień 2
Niedziela, 24 czerwca 2012 | dodano:19.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 122.19km
- Czas: 06:31
- VAVG 18.75km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temp.: 34.0°C
- Podjazdy: 947m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Pecs - Drenovac Przelecz Nevoljas - Velika
Nim rankiem M. wyruszył zdobyć BIGa, zdążył zostać zrugany przez właścicielkę (po niemiecku, nie po węgiersku), że jak to tak?! Że jak my się tu dostaliśmy po nocy?! Tu było zamknięte! Tak nie można! Nie wolno tak! I że ona chce nasze paszporty! Po które przyjdzie później, o!
No więc po przemiłym przywitaniu, ja, w czasie gdy nie było M., jak na prawdziwą kobietę przystało ruszyłam prać i robić śniadanie ;)
Zanim jednak przystąpiłam do dzieła udałam się na poranną toaletę. W łazience jednak dopadła mnie pani właścicielka i sklęła na czym świat stoi za wciśniętą spłuczkę.
Spłuczka ta miała kształt dużego guzika, który trzeba było wcisnąć w rurę, żeby woda spłynęła i z czasem się wypychała. No więc dowiedziałam się, że to nicht normal! że na pewno zrobiłam tak - i zaczęła walić ręką w spłuczkę, że tak się nie robi, że się zepsuło! i w końcu poszła, albo może ja poszłam, po pranie...
Kiedy prałam zjawiła się znów kobieta - złoto i nawrzeszczała na mnie od góry do dołu, że tu to się nie pierze. że od prania to jest pralnia! że to jest chyba oczywiste?!i mnie zaprowadziła do skitranej kanciapy z umywalką... o rany... no to piorę, a w tym czasie pani wrzeszczy, że gdzie jest meine herr?!za ile będzie?! że ona to potrzebuje dokumenty!że teraz zaraz natychmiast!gdzie on jest! że doba się już nam kończy!
Będąc w ciężkim szoku i lekko zestresowana, nie byłam w stanie nic jej odpowiedzieć w żadnym języku, przyniosłam jej tylko swój dowód. Ochrzaniła mnie, że miały być dwa! A ja z tego wszystkiego zapomniałam, że M. mi zostawił swój dokument...
Kiedy wreszcie meine herr przyjechał, baba dostała dokumenty i kasę, dopytując, kiedy wyjedziemy..
Jeszcze przed samym wyjazdem dostało mi się, że wyrzuciłam butelkę do śmietnika. Śmietniki nie były oznaczone, że niby następuje w nich jakaś segregacja..więc po prostu wyrzuciłam...Źle.
Po tym przemiłym poranku ruszyliśmy w stronę Chorwacji, zostawiając za sobą Węgry i Węgrów..

Była niedziela, więc w Chorwacji absolutnie wszystko było zamknięte, w dodatku wsie, które mijamy już dawno opuszczone.
W jednym z zamieszkałych miasteczek natykamy się na lokal, który wygląda jak bar, kręcą się ludzie, popijają piwo. Chcemy coś zjeść i napić się, ale okazuje się, że to chrzciny. No trudno.. jednak, kiedy gospodarze i kelner z kelnerką nas tylko zobaczyli od razu nas sadzają przy stoliku i znoszą jedzenie (w tym przepyszny ser) i picie, dużo różnego picia (niezbyt dobrego:P poza przepysznym cytrynowym piwem, które będzie hitem aż do Grecji, gdzie go już nie będzie niestety). Są przemili, aż trochę za bardzo :)
Na drogę dostajemy dużo picia i resztę jedzenia ;) Ruszamy w stronę przełęczy.
A przełęcz, która nas dziś czeka jest w parku krajobrazowym Papuk. Jest pięknie, chłodno i bardzo przyjemnie.


Całość psuje tylko szutrowy podjazd, oraz fakt, że jesteśmy tu dość późno i nie ma żadnych znaków, do samej przełęczy nie wiemy, czy jedziemy dobrze, dopiero tam udaje się zatrzymać jedno z nielicznych przejeżdżających aut i dowiedzieć, że na dole znajduje się nasza Velika.
Ubieramy się na zjazd w pośpiechu,żeby nie zrobiło się całkiem ciemno, ale zjazd jest w lesie, więc i tak momentalnie zapada zmrok. Zanim jednak zaczniemy zjeżdżać, okazuje się, że po przełęczy jest jeszcze kawałek w górę!
Kiedy wreszcie możemy ruszać w dół, jest bardzo ciemno, a droga szutrowa. Właściwie nie jest tak źle, nawet powiedziałabym, że całkiem nieźle, póki tylne koło nie wpada na szutrze w poślizg, a za nim przednie... tuż obok jest urwisko... Trek uparcie chce zjechać właśnie tam.
Udaje mi się go przechylić na lewo i odzyskać kontrolę, nawet się nie przewracając, ale dawno tak się nie bałam... Jak się okaże to dopiero wstęp do tego, co mnie czeka :P
W Velice okazuje się po raz pierwszy, że nie ma kempingu, albo raczej jest ale z zimną wodą (nieczynny czy coś takiego). Dowiadujemy się o tym na festiwalu, który się odbywa w miasteczku. Chorwaci gromadzą się wokół nas i debatują, co z nami zrobić? Czyjaś mama prowadzi zajazd, tam nas upchnąć :P
Okazało się, że był to raczej pensjonat, chyba nawet dość drogi, ze śniadaniem w cenie, to nawet lepiej. Pokój był bardzo przyjemny, fajnie było paść do łóżka po takim dniu.
Nim rankiem M. wyruszył zdobyć BIGa, zdążył zostać zrugany przez właścicielkę (po niemiecku, nie po węgiersku), że jak to tak?! Że jak my się tu dostaliśmy po nocy?! Tu było zamknięte! Tak nie można! Nie wolno tak! I że ona chce nasze paszporty! Po które przyjdzie później, o!
No więc po przemiłym przywitaniu, ja, w czasie gdy nie było M., jak na prawdziwą kobietę przystało ruszyłam prać i robić śniadanie ;)
Zanim jednak przystąpiłam do dzieła udałam się na poranną toaletę. W łazience jednak dopadła mnie pani właścicielka i sklęła na czym świat stoi za wciśniętą spłuczkę.
Spłuczka ta miała kształt dużego guzika, który trzeba było wcisnąć w rurę, żeby woda spłynęła i z czasem się wypychała. No więc dowiedziałam się, że to nicht normal! że na pewno zrobiłam tak - i zaczęła walić ręką w spłuczkę, że tak się nie robi, że się zepsuło! i w końcu poszła, albo może ja poszłam, po pranie...
Kiedy prałam zjawiła się znów kobieta - złoto i nawrzeszczała na mnie od góry do dołu, że tu to się nie pierze. że od prania to jest pralnia! że to jest chyba oczywiste?!i mnie zaprowadziła do skitranej kanciapy z umywalką... o rany... no to piorę, a w tym czasie pani wrzeszczy, że gdzie jest meine herr?!za ile będzie?! że ona to potrzebuje dokumenty!że teraz zaraz natychmiast!gdzie on jest! że doba się już nam kończy!
Będąc w ciężkim szoku i lekko zestresowana, nie byłam w stanie nic jej odpowiedzieć w żadnym języku, przyniosłam jej tylko swój dowód. Ochrzaniła mnie, że miały być dwa! A ja z tego wszystkiego zapomniałam, że M. mi zostawił swój dokument...
Kiedy wreszcie meine herr przyjechał, baba dostała dokumenty i kasę, dopytując, kiedy wyjedziemy..
Jeszcze przed samym wyjazdem dostało mi się, że wyrzuciłam butelkę do śmietnika. Śmietniki nie były oznaczone, że niby następuje w nich jakaś segregacja..więc po prostu wyrzuciłam...Źle.
Po tym przemiłym poranku ruszyliśmy w stronę Chorwacji, zostawiając za sobą Węgry i Węgrów..

widok na Pecs© Carmelliana
Była niedziela, więc w Chorwacji absolutnie wszystko było zamknięte, w dodatku wsie, które mijamy już dawno opuszczone.
W jednym z zamieszkałych miasteczek natykamy się na lokal, który wygląda jak bar, kręcą się ludzie, popijają piwo. Chcemy coś zjeść i napić się, ale okazuje się, że to chrzciny. No trudno.. jednak, kiedy gospodarze i kelner z kelnerką nas tylko zobaczyli od razu nas sadzają przy stoliku i znoszą jedzenie (w tym przepyszny ser) i picie, dużo różnego picia (niezbyt dobrego:P poza przepysznym cytrynowym piwem, które będzie hitem aż do Grecji, gdzie go już nie będzie niestety). Są przemili, aż trochę za bardzo :)
Na drogę dostajemy dużo picia i resztę jedzenia ;) Ruszamy w stronę przełęczy.
A przełęcz, która nas dziś czeka jest w parku krajobrazowym Papuk. Jest pięknie, chłodno i bardzo przyjemnie.

wodospad w Rez. Papuk© Carmelliana

Chorwacja, przeł. Nevoljas© Carmelliana
Całość psuje tylko szutrowy podjazd, oraz fakt, że jesteśmy tu dość późno i nie ma żadnych znaków, do samej przełęczy nie wiemy, czy jedziemy dobrze, dopiero tam udaje się zatrzymać jedno z nielicznych przejeżdżających aut i dowiedzieć, że na dole znajduje się nasza Velika.
Ubieramy się na zjazd w pośpiechu,żeby nie zrobiło się całkiem ciemno, ale zjazd jest w lesie, więc i tak momentalnie zapada zmrok. Zanim jednak zaczniemy zjeżdżać, okazuje się, że po przełęczy jest jeszcze kawałek w górę!
Kiedy wreszcie możemy ruszać w dół, jest bardzo ciemno, a droga szutrowa. Właściwie nie jest tak źle, nawet powiedziałabym, że całkiem nieźle, póki tylne koło nie wpada na szutrze w poślizg, a za nim przednie... tuż obok jest urwisko... Trek uparcie chce zjechać właśnie tam.
Udaje mi się go przechylić na lewo i odzyskać kontrolę, nawet się nie przewracając, ale dawno tak się nie bałam... Jak się okaże to dopiero wstęp do tego, co mnie czeka :P
W Velice okazuje się po raz pierwszy, że nie ma kempingu, albo raczej jest ale z zimną wodą (nieczynny czy coś takiego). Dowiadujemy się o tym na festiwalu, który się odbywa w miasteczku. Chorwaci gromadzą się wokół nas i debatują, co z nami zrobić? Czyjaś mama prowadzi zajazd, tam nas upchnąć :P
Okazało się, że był to raczej pensjonat, chyba nawet dość drogi, ze śniadaniem w cenie, to nawet lepiej. Pokój był bardzo przyjemny, fajnie było paść do łóżka po takim dniu.
W bałkańskim kotle dzień 1
Piątek, 22 czerwca 2012 | dodano:18.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 71.34km
- Czas: 04:03
- VAVG 17.61km/h
- VMAX 44.40km/h
- Temp.: 30.0°C
- Kalorie: 1167kcal
- Podjazdy: 686m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Zaczynamy wyprawę!:)
Łódź (pociąg) - Piwniczna - Słowacja: Stara Lubownia (pociąg) - Kosice - Węgry: pociągami do Pecsu.
Podróż zaczynamy w Łodzi wieczorem w piątek i kończymy wieczorem w sobotę.
Pod koniec jazdy pociągiem utrzymanie otwartych powiek jest nadludzkim wysiłkiem.
Na stacji w Pecsu mapa miasta nie obejmuje ulic, na których mają być spisane przez nas kempingi.
Ruszamy do jednego, który wydaje się być łatwiejszy do znalezienia, okazuje się, że jest ostro pod górę. Trochę za ostro jak na chwilę w której się znajdujemy.
Udaje się dorwać taksówkarza i jakoś z nim dogadać. Okazuje się, że kemping jest na pewno na dole miasta...
Owszem, był, zamknięty.
M. przeskakuje przez ogrodzenie i dowiaduje się, że właściciele już dawno śpią, ale klucz jest przy bramie. Otwieramy więc ją i kulturalnie wchodzimy na kemping, aby się rozbić i umyć i na tym się kończą przyjemności związane z tym miejscem, co się okaże już rano....
Łódź (pociąg) - Piwniczna - Słowacja: Stara Lubownia (pociąg) - Kosice - Węgry: pociągami do Pecsu.
Podróż zaczynamy w Łodzi wieczorem w piątek i kończymy wieczorem w sobotę.
Pod koniec jazdy pociągiem utrzymanie otwartych powiek jest nadludzkim wysiłkiem.
Na stacji w Pecsu mapa miasta nie obejmuje ulic, na których mają być spisane przez nas kempingi.
Ruszamy do jednego, który wydaje się być łatwiejszy do znalezienia, okazuje się, że jest ostro pod górę. Trochę za ostro jak na chwilę w której się znajdujemy.
Udaje się dorwać taksówkarza i jakoś z nim dogadać. Okazuje się, że kemping jest na pewno na dole miasta...
Owszem, był, zamknięty.
M. przeskakuje przez ogrodzenie i dowiaduje się, że właściciele już dawno śpią, ale klucz jest przy bramie. Otwieramy więc ją i kulturalnie wchodzimy na kemping, aby się rozbić i umyć i na tym się kończą przyjemności związane z tym miejscem, co się okaże już rano....
m jak magister miastem mknie by mydelniczkę mieć ;P
Czwartek, 21 czerwca 2012 | dodano:21.06.2012 Kategoria poŁodzi się
- DST: 12.50km
- Czas: 00:39
- VAVG 19.23km/h
- VMAX 27.60km/h
- Temp.: 19.0°C
- Kalorie: 161kcal
- Sprzęt: Rower Czerwony
- Aktywność: Jazda na rowerze
Czyli ja B-)
Od rana bardzo skuteczna obrona :)
Z której ledwo się doczłapałam, szpilki to nie jest obuwie do chodzenia :P
Więc po południu tym przyjemniej było założyć mięciutkie sandałki ;) i ubrać się jak człowiek ;) żeby pomknąć po ostatnie zakupy na wyprawę, w tym po wspomnianą w tytule mydelniczkę :P
A wyprawa już jutro :))
(właściwie to w niedzielę, najpierw półtora dnia w pociągu;) )
Od rana bardzo skuteczna obrona :)
Z której ledwo się doczłapałam, szpilki to nie jest obuwie do chodzenia :P
Więc po południu tym przyjemniej było założyć mięciutkie sandałki ;) i ubrać się jak człowiek ;) żeby pomknąć po ostatnie zakupy na wyprawę, w tym po wspomnianą w tytule mydelniczkę :P
A wyprawa już jutro :))
(właściwie to w niedzielę, najpierw półtora dnia w pociągu;) )
miasto
Wtorek, 19 czerwca 2012 | dodano:19.06.2012 Kategoria do M., poŁodzi się
- DST: 16.07km
- Czas: 00:50
- VAVG 19.28km/h
- VMAX 26.00km/h
- Temp.: 26.0°C
- Kalorie: 208kcal
- Sprzęt: Rower Czerwony
- Aktywność: Jazda na rowerze
Do fotografa, zrobić zdjęcia dyplomowe, na uczelnię porozmawiać o ewentualnym doktoracie, ale nie sądzę, żeby coś z tego było, mam już dość.
Zahaczyć o kiermasz książkowo - prasowy w celu zakupienia prasy do pociągu i na dzień restowy ten czy inny :P
I zahaczyć jeszcze o tego i owego;)
Gorąco, ale przy powiewach, więc jechało się dobrze :)
Zahaczyć o kiermasz książkowo - prasowy w celu zakupienia prasy do pociągu i na dzień restowy ten czy inny :P
I zahaczyć jeszcze o tego i owego;)
Gorąco, ale przy powiewach, więc jechało się dobrze :)
miasto
Poniedziałek, 18 czerwca 2012 | dodano:18.06.2012 Kategoria poŁodzi się
- DST: 13.19km
- Czas: 00:40
- VAVG 19.79km/h
- VMAX 32.80km/h
- Temp.: 28.0°C
- Kalorie: 189kcal
- Podjazdy: 40m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
miasto w celu zakupienia sakw Crosso do Treka :))
A następny wyjazd Czarnego już na wyprawę :D
która się zaczyna niebawem B-)
:D
A następny wyjazd Czarnego już na wyprawę :D
która się zaczyna niebawem B-)
:D
miasto Retkinia ;)
Sobota, 16 czerwca 2012 | dodano:16.06.2012 Kategoria poŁodzi się
- DST: 19.50km
- Czas: 01:02
- VAVG 18.87km/h
- VMAX 25.80km/h
- Temp.: 23.0°C
- Kalorie: 247kcal
- Sprzęt: Rower Czerwony
- Aktywność: Jazda na rowerze
Retknia - korki, ostatnie w tym sezonie i prawdopodobnie w życiu ;)
Strasznie nie chciało mi się rano jechać rowerem, ale myśl, że miałabym rozmieniać 50 złotych na bilety skutecznie mnie zmotywowała :P
A jak już ruszyłam to jechało się całkiem przyjemnie, powolutku i dystyngowanie, co by jak psu z gardła nie wyglądać :P
Powrót pod wiatr w zaczynającym się upale i po ludzku :P
Strasznie nie chciało mi się rano jechać rowerem, ale myśl, że miałabym rozmieniać 50 złotych na bilety skutecznie mnie zmotywowała :P
A jak już ruszyłam to jechało się całkiem przyjemnie, powolutku i dystyngowanie, co by jak psu z gardła nie wyglądać :P
Powrót pod wiatr w zaczynającym się upale i po ludzku :P
bezrowerowy ale kontynuujący ...
Czwartek, 14 czerwca 2012 | dodano:14.06.2012
- Temp.: 15.0°C
- Aktywność: Jazda na rowerze
... moje zmagania z magisterką wpis.
Nie udało mi się dzisiaj pojechać na uczelnię rowerem, gdyż leje (tak od serca) cały dzień. Wiem, że w deszczu też da się jeździć :P ale jakoś jazda w ulewie, dźwigając na plecach(a właściwie przez ramię, więc nieco gorzej) dwa tomiszcza pracy i dwie grube książki, skutecznie mnie zniechęciły :P
Co prawda później gorzko tego żałowałam, bo w autobusie jechałam z bardzo wesołym i jeszcze bardziej gwarnym przedszkolem, a po sprincie przez Galerię i na uniwerek i tak byłam mokra i spocona tak samo, jak bym była po rowerze.
A wracając linia tramwajowa się popsuła, więc zmokłam niewiarygodnie i nastałam się kawał czasu.
No cóż... :P
I okazało się, że kolana nie tolerują wilgoci i deszczu :P trochę pobolewały dziś :O Starość :p
Ale, przechodząc do rzeczy - prace przyjęte bez gadania, a nawet z szerokim uśmiechem :)
Jednakowoż czeka mnie jeszcze kurs na uniwerek przed obroną, na rozmowę w sprawie doktoratu, hehehe.... to je dobre! :P
Nie udało mi się dzisiaj pojechać na uczelnię rowerem, gdyż leje (tak od serca) cały dzień. Wiem, że w deszczu też da się jeździć :P ale jakoś jazda w ulewie, dźwigając na plecach(a właściwie przez ramię, więc nieco gorzej) dwa tomiszcza pracy i dwie grube książki, skutecznie mnie zniechęciły :P
Co prawda później gorzko tego żałowałam, bo w autobusie jechałam z bardzo wesołym i jeszcze bardziej gwarnym przedszkolem, a po sprincie przez Galerię i na uniwerek i tak byłam mokra i spocona tak samo, jak bym była po rowerze.
A wracając linia tramwajowa się popsuła, więc zmokłam niewiarygodnie i nastałam się kawał czasu.
No cóż... :P
I okazało się, że kolana nie tolerują wilgoci i deszczu :P trochę pobolewały dziś :O Starość :p
Ale, przechodząc do rzeczy - prace przyjęte bez gadania, a nawet z szerokim uśmiechem :)
Jednakowoż czeka mnie jeszcze kurs na uniwerek przed obroną, na rozmowę w sprawie doktoratu, hehehe.... to je dobre! :P



















