- Kategorie bloga:
- Amicidebici.229
- do M..94
- jadę sam, jak palec albo coś tam.36
- ni to ni sio.36
- poŁodzi się.626
- Rekordy.6
- Wiedeń.93
- wycieczka.134
- Wypad.54
- Wyprawy i Wylewy ;).396
W bałkańskim kotle dzień 15
Sobota, 7 lipca 2012 | dodano:23.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 133.62km
- Czas: 06:43
- VAVG 19.89km/h
- VMAX 49.60km/h
- Temp.: 38.0°C
- Kalorie: 2063kcal
- Podjazdy: 1297m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Tetovo - autostrada - Gostivar - przełęcz Straża (1212) - Kicevo - przełęcz Preseka (1082) - Ohrid
Ruszamy w kierunku Ohridu, który podobno jest warty zobaczenia. Wszystkie znaki (na niebie i ziemi) kierują nas na autostradę, no to chcąc nie chcąc (a raczej chcąc bo krócej i płaściej;) ) wjeżdżamy na nią. O dziwo nie posiada żadnego pobocza, w ogóle wygląda jak czteropasmówka (z murkiem pomiędzy dwoma pasami dla każdej strony) hucznie nazwana autostradą. Nikomu jednak nie przeszkadzamy, chociaż ruch nie jest znikomy, na co mieliśmy nadzieję.
Przelatujemy autostradę i ruszamy na dwie przełęcze, które na nas już czekają.
Obie w palącym słońcu, co w końcu poskutkowało tym, że na jednej mnie zupełnie przegrzało (dobrze, że na samej już przełęczy :P) i M. urządził ochładzającą akcję ratunkową :) no i oddał mi swoją bandanę, za co sam dostał i jego również dogrzało :(
Bardzo ciężko nam się jechało, a do Ohridu ciągle było daleko i daleko, chociaż minęliśmy mnóstwo znaków informujących o zabytkach miasta.
Wreszcie dostrzegamy twierdzę nad miastem

i niebawem wjeżdżamy do miasta, wita nas transparent "CITY OF UNESCO", tylko, że zabytków żadnych, trafiliśmy w jakiś zaułek, który rzeczywiście mógł ubiegać się o ochronę UNESCO, stara uliczka z jakimiś gliniano - kamiennymi domkami, chyba pamiętająca początki Ohridu :P w każdym razie bardzo klimatycznie :) ale poza nim nic nam się w oczy nie rzuciło :P
Za to na nas rzucali się naganiacze "need room? need room?"
Decydujemy się na pokój, jesteśmy zmęczeni, przegrzani, chcemy już tylko się umyć i odpocząć. Niestety okazuje się, że właściciel domu miał żonę Polkę i gada po polsku... w pierwszej chwili było to miłe zaskoczenie, ale kiedy zaczął bez ustanku paplać, zachwalać swoje pokoje, a na końcu opowiadać o tym, że ma jakiś problem z mailem do przyjaciółki Polki i żebyśmy mu pomogli, stało się to niezwykle irytujące.
Kiedy jednak wróciliśmy z zakupami do pokoju, nikogo w obejściu nie było, więc szybko się wpakowaliśmy i zamknęliśmy zamki :P na szczęście nikt nas już nie niepokoił, zdecydowanie nie mieliśmy ochoty na integracje i pogawędki.
Ruszamy w kierunku Ohridu, który podobno jest warty zobaczenia. Wszystkie znaki (na niebie i ziemi) kierują nas na autostradę, no to chcąc nie chcąc (a raczej chcąc bo krócej i płaściej;) ) wjeżdżamy na nią. O dziwo nie posiada żadnego pobocza, w ogóle wygląda jak czteropasmówka (z murkiem pomiędzy dwoma pasami dla każdej strony) hucznie nazwana autostradą. Nikomu jednak nie przeszkadzamy, chociaż ruch nie jest znikomy, na co mieliśmy nadzieję.
Przelatujemy autostradę i ruszamy na dwie przełęcze, które na nas już czekają.
Obie w palącym słońcu, co w końcu poskutkowało tym, że na jednej mnie zupełnie przegrzało (dobrze, że na samej już przełęczy :P) i M. urządził ochładzającą akcję ratunkową :) no i oddał mi swoją bandanę, za co sam dostał i jego również dogrzało :(
Bardzo ciężko nam się jechało, a do Ohridu ciągle było daleko i daleko, chociaż minęliśmy mnóstwo znaków informujących o zabytkach miasta.
Wreszcie dostrzegamy twierdzę nad miastem

Ohrid© Carmelliana
i niebawem wjeżdżamy do miasta, wita nas transparent "CITY OF UNESCO", tylko, że zabytków żadnych, trafiliśmy w jakiś zaułek, który rzeczywiście mógł ubiegać się o ochronę UNESCO, stara uliczka z jakimiś gliniano - kamiennymi domkami, chyba pamiętająca początki Ohridu :P w każdym razie bardzo klimatycznie :) ale poza nim nic nam się w oczy nie rzuciło :P
Za to na nas rzucali się naganiacze "need room? need room?"
Decydujemy się na pokój, jesteśmy zmęczeni, przegrzani, chcemy już tylko się umyć i odpocząć. Niestety okazuje się, że właściciel domu miał żonę Polkę i gada po polsku... w pierwszej chwili było to miłe zaskoczenie, ale kiedy zaczął bez ustanku paplać, zachwalać swoje pokoje, a na końcu opowiadać o tym, że ma jakiś problem z mailem do przyjaciółki Polki i żebyśmy mu pomogli, stało się to niezwykle irytujące.
Kiedy jednak wróciliśmy z zakupami do pokoju, nikogo w obejściu nie było, więc szybko się wpakowaliśmy i zamknęliśmy zamki :P na szczęście nikt nas już nie niepokoił, zdecydowanie nie mieliśmy ochoty na integracje i pogawędki.
W bałkańskim kotle dzień 14
Piątek, 6 lipca 2012 | dodano:22.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 67.64km
- Czas: 03:27
- VAVG 19.61km/h
- VMAX 49.30km/h
- Temp.: 38.0°C
- Podjazdy: 676m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
wieś na S. - Tetovo (Macedonia)
Dzień bez przełęczy jest dniem straconym :P
A w upale nawet byle podjazd jest nie lada wyzwaniem...
Po zjeździe robimy jedyne zdjęcie z Kosova :P

Dzisiaj przekraczamy granicę. Kosowcy są bardzo skonsternowani, gdzie nasza pieczątka wjazdowa? Obracają te paszporty, przeglądają, wsuwają w komputery, no nie ma. Gdzie przekraczaliśmy granicę? Na przełęczy Kula.. Mhm.... i nie dali wam pieczątek? Nieee... popatrzyli, że z Polski i puścili.
Urzędnicy kręcą głową ze zdumieniem, ale w końcu oddają nam paszporty i puszczają nas do Macedonii.
W Tetovie znajdujemy motelik, bardzo przyzwoity, nad stacją benzynową (zresztą, tutaj na Bałkanach to norma - przydomowe stacyjki benzynowe, ze zbiornikami pod balkonami). ;)
Pan w recepcji mówi po włosku, trochę po niemiecku i angielsku i trochę po serbsku. Wielolingwizm stosowany ;) Jest zabawnie ;)
Po zdobyciu przez M. BIGa, który znajduje się nieopodal ruszamy na miasto kupić owoce na kolacje :) i lenimy się obżerając i oglądając telewizję :P (wiele programów jest na Bałkanach po angielsku;) )
Dzień bez przełęczy jest dniem straconym :P
A w upale nawet byle podjazd jest nie lada wyzwaniem...
Po zjeździe robimy jedyne zdjęcie z Kosova :P

Kosovo, UCK© Carmelliana
Dzisiaj przekraczamy granicę. Kosowcy są bardzo skonsternowani, gdzie nasza pieczątka wjazdowa? Obracają te paszporty, przeglądają, wsuwają w komputery, no nie ma. Gdzie przekraczaliśmy granicę? Na przełęczy Kula.. Mhm.... i nie dali wam pieczątek? Nieee... popatrzyli, że z Polski i puścili.
Urzędnicy kręcą głową ze zdumieniem, ale w końcu oddają nam paszporty i puszczają nas do Macedonii.
W Tetovie znajdujemy motelik, bardzo przyzwoity, nad stacją benzynową (zresztą, tutaj na Bałkanach to norma - przydomowe stacyjki benzynowe, ze zbiornikami pod balkonami). ;)
Pan w recepcji mówi po włosku, trochę po niemiecku i angielsku i trochę po serbsku. Wielolingwizm stosowany ;) Jest zabawnie ;)
Po zdobyciu przez M. BIGa, który znajduje się nieopodal ruszamy na miasto kupić owoce na kolacje :) i lenimy się obżerając i oglądając telewizję :P (wiele programów jest na Bałkanach po angielsku;) )
W bałkańskim kotle dzień 13
Czwartek, 5 lipca 2012 | dodano:22.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 119.96km
- Czas: 06:24
- VAVG 18.74km/h
- VMAX 49.30km/h
- Temp.: 30.0°C
- Podjazdy: 1354m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Peje - Gyakove - Prizren (przeł. 1550) - wieś na S ;P
Kosowo okazuje się wybitnie paskudne. Brzydkie domki, bardzo nieestetycznie, brudno, bez ładu i składu, pełno śmieci na poboczach. Kierowcy zanim nas wyprzedzą trąbią ostrzegawczo ;) ale mijają nas po ludzku, nie "na gazetę".
Maleńkie kosowskie miasteczka są całe zatłoczone samochodami, mamy wrażenie, że ludzie tędy nie chodzą, tylko jeżdżą. No i wolna amerykanka ;) wszyscy jeżdżą jak chcą, chodzą jak chcą i trąbią na siebie, w geście pozdrowienia, na potęgę.
A za miastem... pustki :)
Do przełęczy jedziemy w 40 stopniach upału, a przed samym podjazdem pogoda się psuje, trochę pada, chmurzy się i przyjemnie ochładza :) Podjazd więc pokonujemy błyskawicznie i znów koło w koło :)) Na przełęczy bierzemy ciepłą (w zasadzie gorącą!:) )wodę w butelki i prysznic i zjeżdżamy, a gdzieś po drodze znajdujemy łączkę między polami kukurydzy, gdzie się rozbijamy :)
Kosowo okazuje się wybitnie paskudne. Brzydkie domki, bardzo nieestetycznie, brudno, bez ładu i składu, pełno śmieci na poboczach. Kierowcy zanim nas wyprzedzą trąbią ostrzegawczo ;) ale mijają nas po ludzku, nie "na gazetę".
Maleńkie kosowskie miasteczka są całe zatłoczone samochodami, mamy wrażenie, że ludzie tędy nie chodzą, tylko jeżdżą. No i wolna amerykanka ;) wszyscy jeżdżą jak chcą, chodzą jak chcą i trąbią na siebie, w geście pozdrowienia, na potęgę.
A za miastem... pustki :)
Do przełęczy jedziemy w 40 stopniach upału, a przed samym podjazdem pogoda się psuje, trochę pada, chmurzy się i przyjemnie ochładza :) Podjazd więc pokonujemy błyskawicznie i znów koło w koło :)) Na przełęczy bierzemy ciepłą (w zasadzie gorącą!:) )wodę w butelki i prysznic i zjeżdżamy, a gdzieś po drodze znajdujemy łączkę między polami kukurydzy, gdzie się rozbijamy :)
W bałkańskim kotle dzień 12
Środa, 4 lipca 2012 | dodano:22.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 122.71km
- Czas: 07:34
- VAVG 16.22km/h
- VMAX 40.10km/h
- Temp.: 32.0°C
- Kalorie: 1878kcal
- Podjazdy: 1764m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Kolasin - Andrijevica - Cakor - Peje (Kosowo)
Dzisiaj opuszczamy Czarnogórę, zanim to jednak nastąpi mamy do pokonania dwie przełęcze jedna 1570,drugą natomiast jest sławetny Czakor 1850. Tyle się już o nim nasłuchałam, że jestem pewna, że umrę w połowie podjazdu :P
Pierwszą przełęcz pokonujemy bez problemów i kierujemy się na Kosowo, są znaki, wszystko w porządku.
Dopiero kiedy dojeżdżamy do ostatniej wsi u stóp Cakoru na znaku, takim samym jak wszystkie inne, Peje przekreślony, trochę to niepokojące, w miasteczku pytamy zatem o co chodzi.
Otóż chodzi o to, że tam nie ma przejścia. Tam policja nie wpuszcza. Lepiej żebyśmy zawrócili i przeszli granicę na przełęczy Kula... Od jak dawna? Od bombardowania NATO... Inni z kolei mówią, że rowerami to wpuszczą, że rowerami to da się przejechać. M. przypomina, że przecież czytał relacje o tym, jak ludzie przebywali granicę na Cakorze. Zatem w końcu ruszamy, zaczyna grzmieć i robi się chłodniej, aż w końcu nawet zimno i zaczyna porządnie padać.
Niższa temperatura zdecydowanie pomaga, a cała ta dość niepewna sytuacja chyba mnie bardzo motywuje, cały Cakor jadę równo z M. a momentami nawet szybciej :) Jestem z siebie tak dumna, że mało nie pęknę :))

Kiedy mamy zjeżdżać na szosę wchodzi wielkie chmursko, bardzo szkoda, że nie ma zdjęcia, coś nieprawdopodobnego :) Przejeżdżamy przez nie i ja jeszcze chwilę oglądam, jak schodzi w dół zboczem ;) To chyba jedna z najbardziej niezwykłym rzeczy(zjawisk, widoków?) jakie widziałam na tej wyprawie:) (i w ogóle w życiu:))
A potem już puszczamy się w dół ;) A właściwie to M., ja tam trzymam hamulce :P nawierzchnia jest mokra i śliska, a zjazd raczej kręty. Ale jest fajnie :) Poza tym ruch żaden, las, bardzo przyjemnie :)
W pewnym momencie asfalt się kończy.... rów i trzy trójkątne falochrony (czy coś takiego). To chyba granica ;)
No tak, samochodem nie przejedziesz, ale rowerem owszem, przeprowadziliśmy bokiem rowery i byliśmy w Kosowie :)

Teraz naszym zmartwieniem jest to, czy ta szutrowa droga dokądś prowadzi, czy kończy się na przykład zawalonym mostem. Mijają nas jednak samochody (niedaleko granicy był jakiś środek wypoczynkowy, ciekawe kto tam chciał wypoczywać, drogowskaz na niego wyglądał staro i na dawno nieaktualny) i jadą prosto, czyli da się stąd wydostać ;)
Docieramy do szosy, która jest poprowadzona przepięknym kanionem, najpiękniejszym z całej wyprawy (dlatego też nie ma zdjęć :P), ściemnia się niestety, więc nie możemy do woli go oglądać, a jest niewiarygodny. Olbrzymie skały, cieki wodne większe i mniejsze spływające po skałach, wodospadziki, wielkie nawisy skalne pod którymi biegła droga, coś niesamowitego.
Kiedy kanion się kończy, wkrótce zaczyna się miasto. Peje tętni życiem. Udaje nam się znaleźć tani hotel, spodziewaliśmy się standardu -1 ;) ale nie było wcale źle a co najważniejsze, było czysto :)
Wieczór umilali nam muezini ;) Oraz przepyszny ayran i surówka:) (do niej były jeszcze kotleciki, ale szału nie zrobiły ;) )
Dzisiaj opuszczamy Czarnogórę, zanim to jednak nastąpi mamy do pokonania dwie przełęcze jedna 1570,drugą natomiast jest sławetny Czakor 1850. Tyle się już o nim nasłuchałam, że jestem pewna, że umrę w połowie podjazdu :P
Pierwszą przełęcz pokonujemy bez problemów i kierujemy się na Kosowo, są znaki, wszystko w porządku.
Dopiero kiedy dojeżdżamy do ostatniej wsi u stóp Cakoru na znaku, takim samym jak wszystkie inne, Peje przekreślony, trochę to niepokojące, w miasteczku pytamy zatem o co chodzi.
Otóż chodzi o to, że tam nie ma przejścia. Tam policja nie wpuszcza. Lepiej żebyśmy zawrócili i przeszli granicę na przełęczy Kula... Od jak dawna? Od bombardowania NATO... Inni z kolei mówią, że rowerami to wpuszczą, że rowerami to da się przejechać. M. przypomina, że przecież czytał relacje o tym, jak ludzie przebywali granicę na Cakorze. Zatem w końcu ruszamy, zaczyna grzmieć i robi się chłodniej, aż w końcu nawet zimno i zaczyna porządnie padać.
Niższa temperatura zdecydowanie pomaga, a cała ta dość niepewna sytuacja chyba mnie bardzo motywuje, cały Cakor jadę równo z M. a momentami nawet szybciej :) Jestem z siebie tak dumna, że mało nie pęknę :))

czakor© Carmelliana
Kiedy mamy zjeżdżać na szosę wchodzi wielkie chmursko, bardzo szkoda, że nie ma zdjęcia, coś nieprawdopodobnego :) Przejeżdżamy przez nie i ja jeszcze chwilę oglądam, jak schodzi w dół zboczem ;) To chyba jedna z najbardziej niezwykłym rzeczy(zjawisk, widoków?) jakie widziałam na tej wyprawie:) (i w ogóle w życiu:))
A potem już puszczamy się w dół ;) A właściwie to M., ja tam trzymam hamulce :P nawierzchnia jest mokra i śliska, a zjazd raczej kręty. Ale jest fajnie :) Poza tym ruch żaden, las, bardzo przyjemnie :)
W pewnym momencie asfalt się kończy.... rów i trzy trójkątne falochrony (czy coś takiego). To chyba granica ;)
No tak, samochodem nie przejedziesz, ale rowerem owszem, przeprowadziliśmy bokiem rowery i byliśmy w Kosowie :)

dzika granica© Carmelliana
Teraz naszym zmartwieniem jest to, czy ta szutrowa droga dokądś prowadzi, czy kończy się na przykład zawalonym mostem. Mijają nas jednak samochody (niedaleko granicy był jakiś środek wypoczynkowy, ciekawe kto tam chciał wypoczywać, drogowskaz na niego wyglądał staro i na dawno nieaktualny) i jadą prosto, czyli da się stąd wydostać ;)
Docieramy do szosy, która jest poprowadzona przepięknym kanionem, najpiękniejszym z całej wyprawy (dlatego też nie ma zdjęć :P), ściemnia się niestety, więc nie możemy do woli go oglądać, a jest niewiarygodny. Olbrzymie skały, cieki wodne większe i mniejsze spływające po skałach, wodospadziki, wielkie nawisy skalne pod którymi biegła droga, coś niesamowitego.
Kiedy kanion się kończy, wkrótce zaczyna się miasto. Peje tętni życiem. Udaje nam się znaleźć tani hotel, spodziewaliśmy się standardu -1 ;) ale nie było wcale źle a co najważniejsze, było czysto :)
Wieczór umilali nam muezini ;) Oraz przepyszny ayran i surówka:) (do niej były jeszcze kotleciki, ale szału nie zrobiły ;) )
W bałkańskim kotle dzień 11
Wtorek, 3 lipca 2012 | dodano:22.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 67.83km
- Czas: 04:29
- VAVG 15.13km/h
- VMAX 44.60km/h
- Temp.: 35.0°C
- Kalorie: 1026kcal
- Podjazdy: 1043m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Smokovac - przel. Crkvine - Kolasin
Po przepysznym śniadaniu w naszym hotelu ruszamy w stronę przełęczy Crkvine, jest nie najgorzej, zwłaszcza, że dzięki temu, że jesteśmy wyżej, to nie jest tak koszmarnie gorąco. W planach mamy dojechać dalej, ale kończymy w Kolasinie, który okazuje się przyjemnym małym miasteczkiem z pysznym jedzeniem w knajpce ;) i wieloma "roomsami", do wybrania jednego z nich skłaniają nas nasze najedzone brzuchy ;) nadchodząca i grzmiąca z oddali burza oraz to, że tuż za Kolasinem zaczyna się przełęcz. Stwierdzamy więc, że dwie przełęcze to za dużo tego dobrego na jeden dzień i decydujemy się na fantastyczny pokój - mieszkanko :) i się lenimy!lenimy, lenimy, lenimy ... :)) przed telewizorem z cytrynowym piwem w szklankach :D
Po przepysznym śniadaniu w naszym hotelu ruszamy w stronę przełęczy Crkvine, jest nie najgorzej, zwłaszcza, że dzięki temu, że jesteśmy wyżej, to nie jest tak koszmarnie gorąco. W planach mamy dojechać dalej, ale kończymy w Kolasinie, który okazuje się przyjemnym małym miasteczkiem z pysznym jedzeniem w knajpce ;) i wieloma "roomsami", do wybrania jednego z nich skłaniają nas nasze najedzone brzuchy ;) nadchodząca i grzmiąca z oddali burza oraz to, że tuż za Kolasinem zaczyna się przełęcz. Stwierdzamy więc, że dwie przełęcze to za dużo tego dobrego na jeden dzień i decydujemy się na fantastyczny pokój - mieszkanko :) i się lenimy!lenimy, lenimy, lenimy ... :)) przed telewizorem z cytrynowym piwem w szklankach :D
W bałkańskim kotle dzień 10
Poniedziałek, 2 lipca 2012 | dodano:22.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 134.09km
- Czas: 07:06
- VAVG 18.89km/h
- VMAX 48.80km/h
- Temp.: 40.0°C
- Kalorie: 2087kcal
- Podjazdy: 1130m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Morinj - Kotor - Budva - Canj (jez. Szkoderskie) - Podgorica - Smokovac
Aż do rana nie zgłasza się do nas właściciel kempingu po nasze dowody, nie ma go także, kiedy wyruszamy z kempingu.No trudno, skoro tak... ;)
Dzisiaj upał po raz pierwszy przekracza 40 stopni i w takiej temperaturze przychodzi nam pokonywać podjazdy. Zdaje się, że nie są one jakieś wybitnie trudne, jednak ten upał i fakt, że chyba nie do końca wypoczęłam, sprawia, że muszę się często zatrzymywać, w sumie mogę to robić do woli, M. jedzie dużo szybciej, więc i tak go nie opóźniam. Naprawdę mam dość, chce mi się płakać, już nie mam siły do tych podjazdów.
Dobrze, że chociaż jest pięknie ;)





Dopiero po Budvie, po której się trochę szwendamy, ogarniam się i jest mi nieco lepiej i palma przestaje odbijać ;p


W planach jest dzisiaj Podgorica i długi tunel,tuneli nienawidzę jak się okazało, więc wcale się nie cieszę na tę atrakcję (za to oswoiłam się ze zjazdami i nawet polubiłam;) ). Przed samym tunelem, który był daleko za rozjazdem alternatywną drogą i do którego trzeba było podjechać, okazuje się, że jest płatny a o rowerach to w ogóle zapomnij. No ale co mamy robić? Nie po to podjeżdżaliśmy tyle, żeby teraz zjeżdżać i nadkładać drogi.
Tunel jest kilkukilometrowy z ogromnymi wiatrakami na suficie, huk jest w nim nieziemski po prostu. Na szczęście samochody na nas nie trąbią, o dziwo i udaje nam się przejechać bez problemów. Za tunelem ukazują nam się bramki, ruszamy więc szybko na nie i szybko je mijamy :P ktoś za nami woła, ale nie wiem, czy liczył na to, że się zatrzymamy :P
Na wyjeździe z szosy prowadzącej tylko i wyłącznie z i do tunelu czeka policja :P ale na szczęście nie nas, chociaż myśli mieliśmy już różne ;P
Ale już po wyjechaniu z tunelu zaczęła się inna Czarnogóra, brzydsza, biedniejsza, pisana cyrlicą, mówiona rosyjskim (:O). Ostatnią atrakcją krajobrazową jest tylko Jezioro Szkoderskie, rzeczywiście fajne, a potem już nic...

Podgorica, stolica takiego pięknego kraju jak Czarnogóra, okazuje się obrzydliwa. Małe brudne domki, nieprzyjemne, szare miasto z prostymi budynkami...
Zaczynamy szukać kempingu, co to za pomysł, żeby nazwać kemping Izvoru?
Wszyscy nas kierują na jakieś zupełne odludzie, gdzieś tam w górę, w górę... no to podjeżdżamy, 11% i więcej, miejsce zupełnie nie kempingowe... aż w końcu... natykamy się na źródełko płynące ze skał...
Dopiero po tym, jak pokazujemy adres naszego kempingu ktoś jest w stanie nas dobrze pokierować. Dosyć długo jeszcze jedziemy aż natrafiamy na hotelik Izvoru. Na namiot raczej nie ma miejsca, bierzemy zatem pokój z klimatyzacją i śniadaniem w cenie. Jak wakacje, to wakacje :P
Pokój jest cały w uroczym czerwono-burdelowym kolorze :P
Ale jest w porządku :) w dodatku ze sporym balkonem, działającą klimą i świetnie mrożącą lodówką B-) jest naprawdę fajnie :) Należy nam się ;) (pomijając drobne usterki w toalecie, które sprawiły, że okropnie z niech cuchnęło :P)
Aż do rana nie zgłasza się do nas właściciel kempingu po nasze dowody, nie ma go także, kiedy wyruszamy z kempingu.No trudno, skoro tak... ;)
Dzisiaj upał po raz pierwszy przekracza 40 stopni i w takiej temperaturze przychodzi nam pokonywać podjazdy. Zdaje się, że nie są one jakieś wybitnie trudne, jednak ten upał i fakt, że chyba nie do końca wypoczęłam, sprawia, że muszę się często zatrzymywać, w sumie mogę to robić do woli, M. jedzie dużo szybciej, więc i tak go nie opóźniam. Naprawdę mam dość, chce mi się płakać, już nie mam siły do tych podjazdów.
Dobrze, że chociaż jest pięknie ;)

Czarnogóra© Carmelliana

morze Adriatyckie© Carmelliana

montenegro© Carmelliana

czarnogóra© Carmelliana

Czarnogóra© Carmelliana
Dopiero po Budvie, po której się trochę szwendamy, ogarniam się i jest mi nieco lepiej i palma przestaje odbijać ;p

Palma :)© Carmelliana

palmowa aleja© Carmelliana
W planach jest dzisiaj Podgorica i długi tunel,tuneli nienawidzę jak się okazało, więc wcale się nie cieszę na tę atrakcję (za to oswoiłam się ze zjazdami i nawet polubiłam;) ). Przed samym tunelem, który był daleko za rozjazdem alternatywną drogą i do którego trzeba było podjechać, okazuje się, że jest płatny a o rowerach to w ogóle zapomnij. No ale co mamy robić? Nie po to podjeżdżaliśmy tyle, żeby teraz zjeżdżać i nadkładać drogi.
Tunel jest kilkukilometrowy z ogromnymi wiatrakami na suficie, huk jest w nim nieziemski po prostu. Na szczęście samochody na nas nie trąbią, o dziwo i udaje nam się przejechać bez problemów. Za tunelem ukazują nam się bramki, ruszamy więc szybko na nie i szybko je mijamy :P ktoś za nami woła, ale nie wiem, czy liczył na to, że się zatrzymamy :P
Na wyjeździe z szosy prowadzącej tylko i wyłącznie z i do tunelu czeka policja :P ale na szczęście nie nas, chociaż myśli mieliśmy już różne ;P
Ale już po wyjechaniu z tunelu zaczęła się inna Czarnogóra, brzydsza, biedniejsza, pisana cyrlicą, mówiona rosyjskim (:O). Ostatnią atrakcją krajobrazową jest tylko Jezioro Szkoderskie, rzeczywiście fajne, a potem już nic...

jezioro szkoderskie© Carmelliana
Podgorica, stolica takiego pięknego kraju jak Czarnogóra, okazuje się obrzydliwa. Małe brudne domki, nieprzyjemne, szare miasto z prostymi budynkami...
Zaczynamy szukać kempingu, co to za pomysł, żeby nazwać kemping Izvoru?
Wszyscy nas kierują na jakieś zupełne odludzie, gdzieś tam w górę, w górę... no to podjeżdżamy, 11% i więcej, miejsce zupełnie nie kempingowe... aż w końcu... natykamy się na źródełko płynące ze skał...
Dopiero po tym, jak pokazujemy adres naszego kempingu ktoś jest w stanie nas dobrze pokierować. Dosyć długo jeszcze jedziemy aż natrafiamy na hotelik Izvoru. Na namiot raczej nie ma miejsca, bierzemy zatem pokój z klimatyzacją i śniadaniem w cenie. Jak wakacje, to wakacje :P
Pokój jest cały w uroczym czerwono-burdelowym kolorze :P
Ale jest w porządku :) w dodatku ze sporym balkonem, działającą klimą i świetnie mrożącą lodówką B-) jest naprawdę fajnie :) Należy nam się ;) (pomijając drobne usterki w toalecie, które sprawiły, że okropnie z niech cuchnęło :P)
W bałkańskim kotle dzień 9
Niedziela, 1 lipca 2012 | dodano:21.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 71.25km
- Czas: 04:11
- VAVG 17.03km/h
- VMAX 52.80km/h
- Temp.: 38.0°C
- Kalorie: 1119kcal
- Podjazdy: 658m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Podbozur - Grahovo - Morinj
Wyruszamy znad jeziora i zaraz widzimy morze, które nas dzisiaj czeka :) Ma być raz dwa i dzień pół restowy.

Zanim jednak docieramy nad Bokę Kotorską ciężka wspinaczka w upale i dużym zmęczeniu. Sytuację rekompensują widoki ;)



Do kempingu docieramy dość wcześnie, mamy sporo dnia, żeby odpocząć, ale nie jestem pewna czy to jest prawdziwy odpoczynek, chociaż tak mi się wydaje, byczymy się prawie od południa, ja zaliczam kąpiel w przesłonym ;) morzu, jemy pyszną rybią ciorbę, tylko ta myśl, że jutro znowu trzeba jechać, że nie można się wylenić chociaż jeden cały dzień.
Wyruszamy znad jeziora i zaraz widzimy morze, które nas dzisiaj czeka :) Ma być raz dwa i dzień pół restowy.

Slanskie Jezioro i Adriatyk© Carmelliana
Zanim jednak docieramy nad Bokę Kotorską ciężka wspinaczka w upale i dużym zmęczeniu. Sytuację rekompensują widoki ;)

Boka Kotorska© Carmelliana

morze Adriatyckie© Carmelliana

Czarnogóra, m. Adriatyckie© Carmelliana
Do kempingu docieramy dość wcześnie, mamy sporo dnia, żeby odpocząć, ale nie jestem pewna czy to jest prawdziwy odpoczynek, chociaż tak mi się wydaje, byczymy się prawie od południa, ja zaliczam kąpiel w przesłonym ;) morzu, jemy pyszną rybią ciorbę, tylko ta myśl, że jutro znowu trzeba jechać, że nie można się wylenić chociaż jeden cały dzień.

Kotor nocą© Carmelliana
W bałkańskim kotle dzień 8
Sobota, 30 czerwca 2012 | dodano:21.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 91.55km
- Czas: 05:49
- VAVG 15.74km/h
- VMAX 49.80km/h
- Temp.: 38.0°C
- Kalorie: 1511kcal
- Podjazdy: 1280m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Scepan Polje - Pluzine - Niksic - Slansko Ezero
Wyruszamy ze Scepan Polje ze wstępnymi planami, aby dotrzeć do Boki i tym samym nadrobić stracony wczoraj czas i wyrobić plan.
Dzień okazuje się jednak wyjątkowo ciężki,ciągle pod górę (no kto by pomyślał?),jestem zmęczona, bardzo chciałabym dzień restowy, ale na takowy wcale się nie zanosi, nie ma gdzie go zrobić. Może nad Boką, jeśli tam dziś dotrzemy...
Może dlatego tak mi zależy, żeby tam dojechać jeszcze tego dnia :P
Zanim jednak zacznie się najgorsze, na naszej trasie Piva i jej kanion :) Coś absolutnie przepięknego.




Później jednak, przez wiele kilometrów, widoki przestają być spektakularne, nie ma też wody, a co za tym idzie nie ma również domów, a zatem sklepów i restauracyjek (tak tutaj popularnych). Jesteśmy zdani tylko na to, co mamy, na szczęście wiedzieliśmy, co nas tu najprawdopodobniej czeka (Tzn. M. wiedział, skądinąd), więc nie jest to dla nas bardzo dużym problemem, chociaż jednak miło by było natknąć się na chociaż jeden restoran.
W końcu jakiś się znajduje, co prawda właściwie na końcu naszej mordęgi przez ciągłe podjazdy i zjazdy. Nabieramy tam wody, nieco się restujemy i ruszamy dalej w ten upał. Ja ciągle mam zamiar dojechać do Boki.
Spotykamy sakwiarza z Czech "do Niksica macie już w dół" mhm.... żeby było w dół trzeba było się jeszcze nieźle wdrapać i zjechać w między czasie :P
W końcu jednak docieramy w okolice miasta. Zaczyna się cywilizacja, czyli sklepy, czyli cytrynowe piwo ;)
Niedługo się zacznie ściemniać, coraz bardziej wątpię, że dojedziemy nad Adriatyk. Postanawiamy jechać nad Slanskie Jezioro i je obejrzeć, czy można tam się rozbić.
Znajdujemy zjazd do jeziora i zamieszkały domek, skąd bierzemy wodę, woda zawsze się przyda, chociaż w tym przypadku okazało się, że niekoniecznie do mycia. Umyliśmy się w jeziorze :) Ciepła woda, piękne widoki, świetna sprawa ;)


Jednak od tej pory przez długi czas będzie nam towarzyszyło poczucie ciągłego opóźnienia...
Wyruszamy ze Scepan Polje ze wstępnymi planami, aby dotrzeć do Boki i tym samym nadrobić stracony wczoraj czas i wyrobić plan.
Dzień okazuje się jednak wyjątkowo ciężki,ciągle pod górę (no kto by pomyślał?),jestem zmęczona, bardzo chciałabym dzień restowy, ale na takowy wcale się nie zanosi, nie ma gdzie go zrobić. Może nad Boką, jeśli tam dziś dotrzemy...
Może dlatego tak mi zależy, żeby tam dojechać jeszcze tego dnia :P
Zanim jednak zacznie się najgorsze, na naszej trasie Piva i jej kanion :) Coś absolutnie przepięknego.

Pięknie jest :)© Carmelliana

rzeka Piva:)© Carmelliana

Pivsko© Carmelliana

Pivsko© Carmelliana
Później jednak, przez wiele kilometrów, widoki przestają być spektakularne, nie ma też wody, a co za tym idzie nie ma również domów, a zatem sklepów i restauracyjek (tak tutaj popularnych). Jesteśmy zdani tylko na to, co mamy, na szczęście wiedzieliśmy, co nas tu najprawdopodobniej czeka (Tzn. M. wiedział, skądinąd), więc nie jest to dla nas bardzo dużym problemem, chociaż jednak miło by było natknąć się na chociaż jeden restoran.
W końcu jakiś się znajduje, co prawda właściwie na końcu naszej mordęgi przez ciągłe podjazdy i zjazdy. Nabieramy tam wody, nieco się restujemy i ruszamy dalej w ten upał. Ja ciągle mam zamiar dojechać do Boki.
Spotykamy sakwiarza z Czech "do Niksica macie już w dół" mhm.... żeby było w dół trzeba było się jeszcze nieźle wdrapać i zjechać w między czasie :P
W końcu jednak docieramy w okolice miasta. Zaczyna się cywilizacja, czyli sklepy, czyli cytrynowe piwo ;)
Niedługo się zacznie ściemniać, coraz bardziej wątpię, że dojedziemy nad Adriatyk. Postanawiamy jechać nad Slanskie Jezioro i je obejrzeć, czy można tam się rozbić.
Znajdujemy zjazd do jeziora i zamieszkały domek, skąd bierzemy wodę, woda zawsze się przyda, chociaż w tym przypadku okazało się, że niekoniecznie do mycia. Umyliśmy się w jeziorze :) Ciepła woda, piękne widoki, świetna sprawa ;)

jezioro Slansko© Carmelliana

nocleg nad jeziorem (jezioro za domem:P)© Carmelliana
Jednak od tej pory przez długi czas będzie nam towarzyszyło poczucie ciągłego opóźnienia...
W bałkańskim kotle dzień 7
Piątek, 29 czerwca 2012 | dodano:20.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 36.62km
- Czas: 02:38
- VAVG 13.91km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temp.: 37.0°C
- Podjazdy: 586m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Tjentiste - Scepan Polje(MNE)
Dziś mamy w planach szybko uporać się z resztą Bośni, która nam została i rozpocząć Czarnogórę. Przed nami jednak w perspektywie był przejazd górami drogą wyjątkowo na około, więc postanowiliśmy znaleźć skrót, aby chytrze się przebić... Nie na darmo jednak ludowe mądrości są ludowymi mądrościami, pośród których jest jedna o chytrym, co to traci dwa razy :P
Znaleźliśmy jednak skrót, zdaje się, że jakaś dawna wojskowa droga, asfaltem w dół, aż do krzaków, gdzie błotem i krzakami trzeba było się przedrzeć dalej. Kiedy zrobił się prześwit i człowiek odetchnął z ulgą, że to już, oczom jego ukazywał się most...

Poziome belki mostu pod złym dotykiem spróchniałego palca zęba czasu ;) były w stanie posuniętego rozkładu i dość spektakularnie demonstrowały to swoje posunięcie, krusząc się i zapadając w siebie pod stopą... Można było zatem wchodzić na te, pod którymi bezpośrednio był dźwigar (mocno zardzewiały i przynajmniej mojego zaufania nie budzący), albo czasem wspomóc się nałożonymi na te poziome, pionowymi deskami.
Chyba z niedowierzania, że to się dzieje naprawdę, nawet się słowem nie odezwałam, żebyśmy wracali :P
Najpierw ruszył M. z moim rowerem prawą stroną, która okazała się nieprzechadzalna i zostawił Treka na środku mostu... :P
Przeszedł w jedną i drugą stronę i mnie wysłał, żebym przeszła, jeśli zdołam, a jak już przejdę to on przeniesie wszystko...
No to weszłam na most.. już samo wejście było dość kłopotliwe, ale prawdziwa zabawa zaczynała się, kiedy już się udało wybrać bale na dźwigarach i przejść po nich na sam dźwigar.. i właściwie szło się po nim cały most, dźwigar, rzecz jasna, węższy od stopy.
Przytrzymując się barierki powoli do przodu... dodatkową atrakcją było to, że barierki w jednym czy dwóch miejscach nie było wcale, a w jednym była pęknięta...
Przemierzając most, nogi trzęsły mi się jak nigdy w życiu, byłam pewna, że wyglądam jak te kreskówkowe postacie, co im kolana latają w prawo i w lewo ze strachu :P
W pewnym momencie naszła mnie ochota zawrócić, ale na samą myśl takiego manewru na moście szybko zrezygnowałam z tego pomysłu i ruszyłam dalej.
Przynajmniej widoki z mostu przepiękne :P na błękitną rzekę, nawet nie tak bardzo wysoko, ale jakoś mimo wszystko... :P
Na brzegu musiało minąć ładnych parę chwil, zanim doszłam do siebie, a wtedy kolejnym wyzwaniem było przenosić sakwy i potem rowery w górę, trochę po zboczu, między kamieniami i krzakami (tu i ówdzie gęsto zarośniętymi i kolczastymi) do strumyka, przez który musieliśmy się też przeprawić.
Upał był straszliwy i łatwo nie było, zwłaszcza z rowerem :P
A za każdym razem wracając po kolejne sakwy miałam widok na most i przechodzącego po nim M., więc zawracając miałam nadzieję, że go zobaczę, a w pewnym momencie zauważyłam, że z mostu zwisa oderwany poprzeczny dźwigar, od razu zrobiło mi się słabo i już widziałam, jak się zarywa, a M. wpada do rzeki.. Na szczęście prędko się jednak okazało, że to już tak było, a M. śmiga po dźwigarze, po kolejną sakwę...
Jakkolwiek to zrobił, przeniósł wszystko (wpadła tylko lampka;)) i w końcu mogliśmy się przeprawić przez strumyk i ruszyć na Czarnogórę. Cała ta przygoda zajęła nam kilka godzin i zamiast oszczędzić, nadłożyliśmy czasu, a potem i tak było mocno pod górę....
Do Scepan Polje nie uświadczyliśmy ani jednego sklepu, za to na przejściu granicznym strajk :P i naczekaliśmy się kilka ładnych minut, żeby pan zerknął na nasze paszporty i bez pieczątki ani wgrania nas do systemu puścił.
Zaraz przy przejściu były też kempingi, wybraliśmy zatem jeden i zostaliśmy w nim, a dzięki temu, że byliśmy z Polski, nie musieliśmy płacić :P
Kemping bardzo w porządku, chociaż też z tureckimi kiblami i w dodatku niezamykanymi, co się zresztą okaże normą, nie wiem co ci ludzie...
Ale chociaż widok świetny, zdaje się, że na tę rzekę od mostu.
Dziś mamy w planach szybko uporać się z resztą Bośni, która nam została i rozpocząć Czarnogórę. Przed nami jednak w perspektywie był przejazd górami drogą wyjątkowo na około, więc postanowiliśmy znaleźć skrót, aby chytrze się przebić... Nie na darmo jednak ludowe mądrości są ludowymi mądrościami, pośród których jest jedna o chytrym, co to traci dwa razy :P
Znaleźliśmy jednak skrót, zdaje się, że jakaś dawna wojskowa droga, asfaltem w dół, aż do krzaków, gdzie błotem i krzakami trzeba było się przedrzeć dalej. Kiedy zrobił się prześwit i człowiek odetchnął z ulgą, że to już, oczom jego ukazywał się most...

przeprawa przez most© Carmelliana
Poziome belki mostu pod złym dotykiem spróchniałego palca zęba czasu ;) były w stanie posuniętego rozkładu i dość spektakularnie demonstrowały to swoje posunięcie, krusząc się i zapadając w siebie pod stopą... Można było zatem wchodzić na te, pod którymi bezpośrednio był dźwigar (mocno zardzewiały i przynajmniej mojego zaufania nie budzący), albo czasem wspomóc się nałożonymi na te poziome, pionowymi deskami.
Chyba z niedowierzania, że to się dzieje naprawdę, nawet się słowem nie odezwałam, żebyśmy wracali :P
Najpierw ruszył M. z moim rowerem prawą stroną, która okazała się nieprzechadzalna i zostawił Treka na środku mostu... :P
Przeszedł w jedną i drugą stronę i mnie wysłał, żebym przeszła, jeśli zdołam, a jak już przejdę to on przeniesie wszystko...
No to weszłam na most.. już samo wejście było dość kłopotliwe, ale prawdziwa zabawa zaczynała się, kiedy już się udało wybrać bale na dźwigarach i przejść po nich na sam dźwigar.. i właściwie szło się po nim cały most, dźwigar, rzecz jasna, węższy od stopy.
Przytrzymując się barierki powoli do przodu... dodatkową atrakcją było to, że barierki w jednym czy dwóch miejscach nie było wcale, a w jednym była pęknięta...
Przemierzając most, nogi trzęsły mi się jak nigdy w życiu, byłam pewna, że wyglądam jak te kreskówkowe postacie, co im kolana latają w prawo i w lewo ze strachu :P
W pewnym momencie naszła mnie ochota zawrócić, ale na samą myśl takiego manewru na moście szybko zrezygnowałam z tego pomysłu i ruszyłam dalej.
Przynajmniej widoki z mostu przepiękne :P na błękitną rzekę, nawet nie tak bardzo wysoko, ale jakoś mimo wszystko... :P
Na brzegu musiało minąć ładnych parę chwil, zanim doszłam do siebie, a wtedy kolejnym wyzwaniem było przenosić sakwy i potem rowery w górę, trochę po zboczu, między kamieniami i krzakami (tu i ówdzie gęsto zarośniętymi i kolczastymi) do strumyka, przez który musieliśmy się też przeprawić.
Upał był straszliwy i łatwo nie było, zwłaszcza z rowerem :P
A za każdym razem wracając po kolejne sakwy miałam widok na most i przechodzącego po nim M., więc zawracając miałam nadzieję, że go zobaczę, a w pewnym momencie zauważyłam, że z mostu zwisa oderwany poprzeczny dźwigar, od razu zrobiło mi się słabo i już widziałam, jak się zarywa, a M. wpada do rzeki.. Na szczęście prędko się jednak okazało, że to już tak było, a M. śmiga po dźwigarze, po kolejną sakwę...
Jakkolwiek to zrobił, przeniósł wszystko (wpadła tylko lampka;)) i w końcu mogliśmy się przeprawić przez strumyk i ruszyć na Czarnogórę. Cała ta przygoda zajęła nam kilka godzin i zamiast oszczędzić, nadłożyliśmy czasu, a potem i tak było mocno pod górę....
Do Scepan Polje nie uświadczyliśmy ani jednego sklepu, za to na przejściu granicznym strajk :P i naczekaliśmy się kilka ładnych minut, żeby pan zerknął na nasze paszporty i bez pieczątki ani wgrania nas do systemu puścił.
Zaraz przy przejściu były też kempingi, wybraliśmy zatem jeden i zostaliśmy w nim, a dzięki temu, że byliśmy z Polski, nie musieliśmy płacić :P
Kemping bardzo w porządku, chociaż też z tureckimi kiblami i w dodatku niezamykanymi, co się zresztą okaże normą, nie wiem co ci ludzie...
Ale chociaż widok świetny, zdaje się, że na tę rzekę od mostu.

Scepan Polje© Carmelliana
W bałkańskim kotle dzień 6
Czwartek, 28 czerwca 2012 | dodano:19.07.2012 Kategoria Wyprawy i Wylewy ;)
- DST: 132.58km
- Czas: 08:01
- VAVG 16.54km/h
- VMAX 45.10km/h
- Temp.: 34.0°C
- Kalorie: 2113kcal
- Podjazdy: 1689m
- Sprzęt: Rower Czarny
- Aktywność: Jazda na rowerze
Blagaj - przełęcz Grebak - Nevesinje (świetny płaskowyż i niesamowita dolina z ponorami) Gacko Cemerno (przełęcz) - Tjentiste
Pożegnani przez kempingowe koty w Blagaju (swoją drogą kemping bardzo przyzwoity:))
Ruszyliśmy ku dwóm przełęczom, jakie na nas dzisiaj czekały.
Pierwsza z nich ciągnęła się niemiłosiernie, a druga obfitowała w zjazdy na podjeździe. Ale widoki naprawdę przecudowne!



Do Tjentiste wjeżdżamy przez przepiękny kanion, niestety jest ciemno, więc zdjęcia nie wychodzą dobrze.

W samym miasteczku szukamy kempingu, okazuje się, że jest przy hotelu. Hotel był dość podrzędny, więc i wygląd kempingu nie zaskoczył, zwykłe pole przy rzece z zardzewiałymi kranami wystającymi z rury. No cóż, przynajmniej byliśmy sami. Zanim jednak mogliśmy się tym nacieszyć, musieliśmy znaleźć kible i toalety... trzeba było wrócić aż do hotelu, żeby nam pokazali, który ze stojących opodal baraków jest tym, czego szukamy, bo zajrzeliśmy chyba we wszystkie i żaden nie był toaletą ;)
Chyba jednak wolałabym, żebyśmy ich nie znaleźli. Zajrzawszy do toalety szybko z niej wyszłam... tureckie kible chyba nigdy nie czyszczone... tak samo prysznice... no i oczywiście z zimną wodą :) były bojlery, ale wyłączone,lub zepsute, w każdym razie doszliśmy do tego podczas mycia a szukanie kogoś było raczej ostatnią rzeczą, którą teraz chcieliśmy się zajmować... Wykończeni, padliśmy spać, bo nazajutrz miał nas czekać długi i ciężki dzień. No i był, ale nie w taki sposób w jaki planowaliśmy ;)
Pożegnani przez kempingowe koty w Blagaju (swoją drogą kemping bardzo przyzwoity:))

blagajskie koty© Carmelliana
Ruszyliśmy ku dwóm przełęczom, jakie na nas dzisiaj czekały.
Pierwsza z nich ciągnęła się niemiłosiernie, a druga obfitowała w zjazdy na podjeździe. Ale widoki naprawdę przecudowne!

płaskowyż© Carmelliana

bośnia - płaskowyż© Carmelliana

Ponor© Carmelliana
Do Tjentiste wjeżdżamy przez przepiękny kanion, niestety jest ciemno, więc zdjęcia nie wychodzą dobrze.

kanion - Tjentiste© Carmelliana
W samym miasteczku szukamy kempingu, okazuje się, że jest przy hotelu. Hotel był dość podrzędny, więc i wygląd kempingu nie zaskoczył, zwykłe pole przy rzece z zardzewiałymi kranami wystającymi z rury. No cóż, przynajmniej byliśmy sami. Zanim jednak mogliśmy się tym nacieszyć, musieliśmy znaleźć kible i toalety... trzeba było wrócić aż do hotelu, żeby nam pokazali, który ze stojących opodal baraków jest tym, czego szukamy, bo zajrzeliśmy chyba we wszystkie i żaden nie był toaletą ;)
Chyba jednak wolałabym, żebyśmy ich nie znaleźli. Zajrzawszy do toalety szybko z niej wyszłam... tureckie kible chyba nigdy nie czyszczone... tak samo prysznice... no i oczywiście z zimną wodą :) były bojlery, ale wyłączone,lub zepsute, w każdym razie doszliśmy do tego podczas mycia a szukanie kogoś było raczej ostatnią rzeczą, którą teraz chcieliśmy się zajmować... Wykończeni, padliśmy spać, bo nazajutrz miał nas czekać długi i ciężki dzień. No i był, ale nie w taki sposób w jaki planowaliśmy ;)



















